Victory - Joseph Conrad
Joseph Conrad
Victory
Skinęła głową potwierdzająco. Całą jej duszę ogarnęło namiętne postanowienie i egzaltowana wiara w siebie; pochłaniała ją myśl o przedziwnej sposobności, dzięki której mogła zdobyć niezawodnie miłość tego człowieka — zdobyć ją na wieczność.
— Nigdy nie widziałem dwóch ludzi — mówił Heyst — bardziej jakąś wiadomością poruszonych niż „Jones i jego sekretarz, który zdążył już wrócić do tego czasu. Nie słyszeli moich kroków. Przeprosiłem ich, że przeszkadzam. „Ależ broń Boże! broń Boże” — rzekł Jones.
Sekretarz cofnął się w róg pokoju i śledził mię spode łba jak czujny kot. Obaj najwidoczniej mieli się na baczności. „Przyszedłem — mówię do nich — aby panów zawiadomić, że mój służący odszedł — opuścił mię.”
Z początku spojrzeli po sobie, jakby nie rozumiejąc moich słów; ale wnet się bardzo stropili.
„Pan mówi, że pański Chińczyk uciekł?” — spytał Ricardo wyłażąc ze swego kąta. — „Tak sobie, ni stąd, ni zowąd? Dlaczego uciekł?”
Odrzekłem, że każdy Chińczyk postępuje zawsze według ściśle określonych i prostych powodów, ale wydobyć z niego te powody wcale nie jest łatwo. Oświadczył mi tylko, że „nie podoba mu się”.
Popatrzyli jeden na drugiego, niezmiernie zmieszani. — „Co mu się nie podoba?” — zapytali.
„Wygląd pana i pańskich ludzi” — rzekłem do Jonesa.
„Co za głupstwo!” — wykrzyknął Jones, a krępy Ricardo wtrącił natychmiast:
„Powiedział to panu? Za cóż on pana ma — za niemowlę? A może to pan — bez obrazy — bierze nas za dzieci? Założę się, że pan teraz powie, że panu coś zginęło.”
„Nie miałem zamiaru tego panom mówić — rzekłem — ale tak jest rzeczywiście.”
Ricardo trzepnął się po udzie.
„Zaraz to pomyślałem. Panie szefie, co pan powie o tym kawale?”
Jones dał mu jakiś znak i wtedy niezwykły ten wspólnik o twarzy kota zaproponował mi, że wraz ze służącym pomoże mi złapać czy zabić Chińczyka.
Odrzekłem, że nie przyszedłem prosić o pomoc. Nie mam zamiaru ścigać Chińczyka. Chcę tylko przestrzec ich, że Chińczyk ma broń i że jest naprawdę przeciwny pobytowi ich na wyspie. Chciałem, aby zrozumieli, że nie jestem odpowiedzialny za to, co może nastąpić.
„Czy pan chce przez to powiedzieć — spytał Ricardo — że po wyspie kręci się zwariowany Chińczyk z sześciostrzałowym rewolwerem i że pana to nic nie obchodzi?”
To dziwne; nie chcieli wierzyć moim słowom. Przez cały czas zamieniali znaczące spojrzenia. Ricardo przysunął się do swego zwierzchnika, naradził się po cichu i wynikło z tego coś nieoczekiwanego — propozycja dość nieprzyjemna.
Ponieważ nie chciałem przyjąć ich pomocy w ściganiu Chińczyka, oświadczyli, że przyślą mi przynajmniej swego człowieka do obsługi. Jones wystąpił z tym projektem, a Ricardo poparł go.
„Tak, tak — nasz Pedro będzie gotował dla wszystkich w pańskiej kuchni. On wcale nie taki zły, jak wygląda. Tak będzie najlepiej.”
Wypadł z pokoju na werandę i gwizdnął przeraźliwie na Pedra. Usłyszawszy w odpowiedzi wycie bestii, wbiegł z powrotem do pokoju.
„Tak, panie Heyst. To świetny pomysł, panie Heyst. Pan wyda mu tylko rozporządzenie co do obsługi, żeby wiedział, czego pan wymaga. Dobrze?”
— Przyznam ci się Leno., że zaskoczyli mię tym najzupełniej. Niczego podobnego nie mogłem się spodziewać. I nie wiem, czego się właściwie spodziewałem. Tak się o ciebie niepokoję, że nie mogą trzymać się z daleka od tych wstrętnych łotrów. A nie więcej jak dwa miesiące temu byłoby mi wszystko jedno. Byłbym kpił sobie z ich łajdactw, tak jak pogardzałem dotychczas wszystkimi zaczepkami życia. Ale teraz mam ciebie! Wkradłaś się w moje życie i…
Heyst odetchnął głęboko. Lena spojrzała szybko na niego rozszerzonymi oczami.
— Och, więc o tym myślisz — myślisz, że mnie masz!
Niepodobna było odgadnąć myśli kryjących się w spokojnych, siwych oczach; niepodobna było zdać sobie sprawy z jej milczenia, z jej słów, a nawet uścisków. Heyst wychodził z jej ramion z uczuciem niepewności.
— Więc jeśli do mnie nie należysz, jeżeli ciebie tu nie ma, gdzie jesteś? — krzyknął Heyst. — Rozumiesz mię bardzo dobrze!
Potrząsnęła z lekka głową. Czerwone wargi, na które patrzył w tej chwili — równie czarujące jak głos, który z nich się dobywał — wyszeptały:
— Słyszę, co mówisz; ale co znaczą twoje słowa?
— Znaczą, że mógłbym dla ciebie kłamać, a może nawet się poniżyć.
— Nie, nie! nie rób tego nigdy! — rzekła z pośpiechem, a oczy jej nagle błysnęły. — Znienawidziłbyś mnie potem.
— Znienawidziłbym cię? — powtórzył Heyst wróciwszy do zwykłego, uprzejmego tonu. — Nie! Po cóż wypowiadasz przypuszczenie najmniej prawdopodobne — na razie. Ale muszę ci wyznać, że… jak to nazwać? że ukryłem prawdę. Najpierw — ukryłem przerażenie wywołane nieprzewidzianymi skutkami mojej idiotycznej dyplomacji. Czy rozumiesz mię, moja droga dziewczynko? .
Nie rozumiała najwidoczniej słowa: dyplomacja. Heyst zdobył się na żartobliwy uśmiech, który stanowił dziwny kontrast z jego zmęczonym wyrazem twarzy. Skronie zapadły mu się z lekka, twarz wydawała się szczuplejsza.
— Widzisz, Leno, w dyplomatycznym powiedzeniu wszystko jest prawdziwe prócz uczucia, które zdaje się je dyktować. Nie byłem nigdy dyplomatą w stosunku do ludzi — bynajmniej nie ze względu na nich, ale wskutek pewnego szacunku dla swoich własnych uczuć. Dyplomacja nie idzie w parze ze szczerą pogardą. Mało dbałem o życie, a jeszcze mniej o śmierć.
— Nie mów tak!
— Otóż — ukryłem moją gorącą chęć chwycenia tych łajdaków za gardło — ciągnął Heyst. — Mam tylko dwie ręce — chciałbym ich mieć sto, aby się Bronić —
